Kiedy zaczyna się tydzień pracy w środę, czas do weekendu mija bardzo szybko. Tak było w moim przypadku i dobrze, bo po takiej przerwie trzy dni pracy i żłobkowego stresu wystarczyły!
Żłobkowe histerie i moje rozterki
Czas uciekał szybko – z każdym kolejnym dniem dziewczyny otwierały się coraz bardziej, a ja stopniowo wdrażałam się w nowe obowiązki. Wiedziałam, że przede mną jeszcze masa nauki, ale małymi kroczkami do celu. Jeszcze wszystko przede mną. I choć wiele rzeczy się zmieniło podczas mojej nieobecności, wiedziałam, że od dziewczyn wiele się nauczę. Za każdym razem, kiedy potrzebowałam, zawsze otrzymałam od nich niezbędną pomoc, co było dla mnie niezwykle cenne i ważne. W czasie, gdy ja poznawałam specyfikę ,,nowej pracy”, moja pociecha uczyła się i poznawała specyfikę przebywania w grupie.
Każde zaprowadzenie jej do żłobka kończyło się płaczem. Nie był to zwykły płacz, ale prawdziwa histeria. Niełatwo zostawić dziecko w takim stanie. Opiekunki ze żłobka uspokajały mnie, że większość dzieci tak rozpoczyna swoją przygodę, że to okres przejściowy i na pewno minie. Łudziłam się każdego dnia, że nadszedł właśnie ten dzień i nastąpi przełom. Nic z tego. Bianka długo adaptowała się w żłobku. Po dwóch tygodniach zamiast poprawy, było jeszcze gorzej. Płacz rozpoczynał się już w domu, kiedy tylko moja córka orientowała się, dokąd zmierzamy. Ale ja się nie poddawałam – nabierałam coraz więcej siły i odporności. Serce krwawiło, wiedziałam jednak, że tak musi być.
Pragnienie bliskości
Ale czy na pewno musi? Od takich wątpliwości trudno się uwolnić, szczególnie kiedy panie informują, że Bianka nie robi postępów, jest oporna i całe dnie spędza na rękach. Zaniepokojona zaczęłam dociekać, co jest nie tak? Może nie akceptuje Pań lub dzieci ze żłobka? Może dzieje się coś złego? Aby rozwiać wszelkie wątpliwości, poprosiłam Panią Dyrektor o rozmowę. Przejrzałyśmy monitoring i okazało się, że Bianka po prostu cały czas potrzebuje bliskości – dla niej jedynym komfortowym miejscem były ramiona pań, ale w żłobku nie ma szans na taki monopol. Jej potrzeba bliskości i uwagi prawdopodobnie wynikała z przyzwyczajenia – ze mną miała tego pod dostatkiem!
Wyrodna matka
Powrót na rynek pracy to dla jednych dzień jak co dzień, ponieważ ich przerwa w pracy była naprawdę krótka i zdecydowali się na szybki powrót. Zaś dla drugich (mówię tu o sobie) to olbrzymie wyzwanie. Nie było dnia, żebym nie borykała się z pytaniem, czy dobrze robię? Może powinnam zaczekać? Czułam się jak wyrodna matka i wielokrotnie powtarzałam to Mężowi i rodzinie, ale oni zapewniali mnie, że tak nie jest. Traktowałam to jak marne pocieszenie i dopiero kiedy pewnego poranka, takiego jak milion innych poranków, Bianka weszła do żłobka bez płaczu i ze spokojem, poczułam ulgę. Od pierwszego dnia w żłobku minął zaledwie miesiąc, ale dla mnie to cała wieczność.
Katarek – nie lada problem
W czasie tego pierwszego miesiąca również w pracy wiele się wydarzyło – przybyło mi obowiązków, musiałam być w skoncentrowana i o wszystkim pamiętać. To skutecznie odciągało moją uwagę od tego, co równolegle dzieje się w czterech ścianach żłobkowej sali. W organizacji mojego chaosu pomógł mi mój podręczny kalendarz, w którym zapisywałam zadania na dzisiejszy i kolejny dzień. Dzięki takiej liście nawet zły dzień nie przeszkadzał mi w zrealizowaniu celu. Wtedy jeszcze wierzyłam, że ominą mnie choroby – typowa żłobkowa przypadłość. Niestety. Mimo że jako niemowlak Bianka chorowała jedynie raz, pobyt w żłobku szybko zaowocował pierwsza infekcją. Rozpoczęły się kombinacje z wolnym. No bo kto z nią zostanie? To problem niejednej pary rodziców, którzy pracują, a dziadkowie są również aktywni zawodowo i często mieszkają daleko.
Niania to dodatkowy wydatek, który nam się nie kalkulował – płaciliśmy przecież za prywatny żłobek, a nieobecność dziecka zwalniała nas jedynie z opłat za wyżywienie. Dopiero co zaczęłam pracę, więc nie chciałam brać od razu wolnego. Z kolei Mężowi za każdy dzień zwolnienia wypłacano mniejsze wynagrodzenie. To również nie wchodziło w grę. Plany urlopowe sztywne, narzucone przez pracodawcę, więc i tu zero możliwości. Został urlop na żądanie, ale z tego korzysta się w ekstremalnych wypadkach. Czy ta sytuacja była aż tak ekstremalna? Zadzwoniłam do Mamy i ładnie poprosiłam, czy nie mogłaby zostać ten jeden dzień (akurat przypadał piątek) z Bianką. Zgodziła się, więc uff! – tym razem się udało!
Dziś wiem, że najważniejsze, aby znaleźć odpowiedni balans i za mocno się nie spinać. Zaakceptować, że na niektóre rzeczy po prostu nie mamy wpływu. Płaczące dziecko czy gorączka to normalne zjawisko. Musimy wziąć to na klatę i iść do przodu, później okaże się, że to tylko błahostki.
Jak wyglądały nasze kolejne miesiące? Zapewniam Was, że intensywnie. Zajrzyjcie tu za 2 tygodnie to Wam wszystko opowiem!
Ania